26 lutego 2019

Post inny niż wszystkie: Dlaczego chcę wrócić do Azji?

https://zplanembezplanu.blogspot.com/2019/02/post-inny-niz-wszystkie-dlaczego-chce-wrocic-do-azji.html
Po powrocie z pierwszej podróży do Azji, ogarnęła mnie swego rodzaju fascynacja tym kontynentem, jego różnorodnością, kulturą, religią, obyczajami tak rożnymi od naszych. Chłonęłam wszystko po kolei i wiedziałam, że na pewno tam wrócę. Jeżeli jednak ktoś myśli, że moje wspomnienia to TYLKO beztroskie chwile i niebiańskie plaże, jest w błędzie... chociaż oczywiście tego też nie brakowało. Mimo upływu czasu, dalej ciężko streścić w kilku zdaniach wrażenia z tej podróży. Tym trudniej było odpowiedzieć na pytania znajomych "no i jak było w tej Azji?", mając na uwadze, że ktoś niekoniecznie chce słuchać godzinnych wywodów na ten temat.

Szok kulturowy


Tak chyba najprościej w skrócie opisać mnogość i różnorodność wrażeń. Na początku szokuje Cię niemal wszystko. Idziesz z rozdziawionymi ustami i obserwujesz toczące się życie, przydrożne zakłady wszelkiej maści, uliczne garkuchnie, domki dla lalek, które później okazują się domkami dla duchów... Zapach ulicznego jedzenia miesza się ze słodkim, duszącym zapachem kadzideł. Mieszanka niepowtarzalna. Pamiętam kiedy pierwszy raz wyszłam z klimatyzowanego metra, według Google Maps do noclegu zostało jakieś dziesięć minut pieszo, niedużo, idziemy. Pierwsze zaskoczenie pojawiło się już na najbliższych pasach, kiedy naiwnie czekałam aż ktoś mnie przepuści. Oczywiście się nie doczekałam, więc odważnie ruszyłam przed siebie, omijając wszystkie pojazdy, które z całą pewnością chciały mnie rozjechać. Po jakiś trzydziestu minutach błądzenia w wąskich uliczkach, kablach, garnkach i innych, próbach porozumienia się z miejscowymi, dotarliśmy w końcu na miejsce.




Świątynia Szmaragdowego Buddy, Świątynia Leżącego Buddy czy Świątynia Świtu (Wat Arun). Macie swoją faworytkę? Dla mnie każda piękna na swój sposób. Najbardziej jednak utkwiła mi w głowie zupełnie inna buddyjska świątynia (której nazwy nie pamiętam, musicie mi wybaczyć 🙈), do tego nie w Bangkoku. Dlaczego? Być może dlatego, że była to pierwsza buddyjska świątynia, do której weszliśmy, może dlatego, że było tam niewielu turystów, a więcej miejscowych, a może dlatego, że mogłam tam dokładnie przyglądać się buddyjskim zwyczajom (na przykład przyklejaniu do posągów malutkich karteczek ze złotem, z tego co wyczytałam, po to by zaskarbić sobie łaski u Buddy) 😊 __________ #bangkok🇹🇭 #thailand #bangkokthailand #buddha #bangkokspirit #bangkoktravel #travel #travelography #travelgram #igersbangkok #travelasia #travelling #travelinspo #inspiration #podróże #tajlandia #azja #kochampodroze #blogpodrozniczy #zplanem #bezplanu
Post udostępniony przez zplanembezplanu (@zplanembezplanu_com)

Kraj uśmiechu?


Tajlandia nazywana jest powszechnie krajem uśmiechu. Co prawda, uśmiechniętych twarzy wokoło nie brakuje, niestety, nie zawsze jest to szczere. Pod tajskim uśmiechem często kryje się chęć zarobienia. Uśmiech wynika również z ogólnie przyjętych zasad związanych z kulturą i religią (trzeba się uśmiechać, zachować spokój, nie można pokazywać złości). Kiedy zorientujesz się, że uśmiech nie jest kwestią sympatii, zaczynasz inaczej postrzegać kraj uśmiechu. Nie można jednak wszystkich wrzucać do jednego worka, nie każdy coś od Ciebie chce, w zamian za bycie miłym. Zdecydowanie częściej jednak ze szczerym uśmiechem i bezinteresowną pomocą można się spotkać w najbiedniejszych (i nieturystycznych) rejonach Tajlandii, gdzie ludzie nie gonią tak za pieniądzem...

Nerwy nie pomogą


O tym, że nie można, a raczej nie opłaca się pokazywać złości przy Tajach przekonałam się na własnej skórze. Podczas kiedy nikt realnie nie chciał mi pomóc w sprawie mojego zaginionego bagażu, zbywając mnie (jakże inaczej) uśmiechem, nerwy w końcu mi puściły... Oczywiście nie zaczęłam nikogo obrażać, ale trudno było nie zauważyć złości na mojej twarzy. Wcześniej myślałam, że każdy mnie olewa, dopiero po tym zobaczyłam co onacza prawdziwe olewanie i szybko pożałowałam, że dałam się wyprowadzić z równowagi. Niestety konkrety i sprawne załatwianie jakiejkolwiek sprawy to nie w Tajlandii mili Państwo, tu lepiej sposobem i przede wszystkim z dużym zapasem cierpliwości. Koniec końców, walizkę odzyskałam po dwóch dniach, co uważam za duży sukces i jeszcze większe szczęście (nazajutrz mieliśmy kolejny lot).

Prawdziwy raj?


Z tym rajem też nie jest tak do końca. W internecie widzimy tylko jedną stronę medalu, na miejscu okazuje się, że jest też i druga, zdecydowanie mniej rajska. Nigdy nie widziałam tylu śmieci w jednym miejscu, co na Krabi. Nie potrafiłam zrozumieć i w sumie dalej nie potrafię, jak można tak śmiecić. Z koszami też jest na bakier, co nie zmienia faktu, że wyrzucanie śmieci "za siebie" jest dla mnie nie do przyjęcia. Małe pocieszenie, ale... codziennie rano, służby sprzątające zbierały powstałe wysypisko w pobliżu plaży, inaczej po kilku dniach pewnie utonęli byśmy w śmieciach.




Krabi ma różne oblicza... to jest jedno z tych piękniejszych, zachód słońca na plaży Ao Nang 🧡 mniej przyjemnie było jak pewnego wieczoru, na tej samej plaży, drogę przebiegł mi szczurek, ale powińmy ten "szczegół" 😅 Co koniecznie trzeba zrobić/zobaczyć będąc na Krabi? Przede wszystkim wypożyczyć skuterek, zaszyć się w jakiś klimatycznych bugalowach (nasze nosiły nazwę "Happiness" - nie bez przyczyny, poziom szczęścia i relaksu był wyższy niż w hotelu w Bangkoku, a cena proporcjonalnie niższa), wybrać się na trekking z Tab Kak na Hang Nak (Tab Kak Hang Nak Nature Trail) i zobaczyć wydospad Huay Toh... __________ #krabithailand #krabi #thailand #sunset #sunsetlovers #beach #asia #travelography #travel #travelgram #travelbloger #igerskrabi #igersthailand #azja #podróże #podrozemaleiduze #blogpodrozniczy #polskieblogi #tajlandia #zachodslonca #zplanem #bezplanu
Post udostępniony przez zplanembezplanu (@zplanembezplanu_com)

 

Prawdziwe życie


Podczas podróży po Azji, schodząc ze szlaku hoteli i knajpek na styl europejski, zobaczyłam również w jakich warunkach żyją mieszkańcy. Zobaczyłam i zaczęłam się zastanawiać jakim cudem ich domów jeszcze nie zdmuchnął wiatr. Nikomu do okien zaglądać nie musiałam, bo takowych nie było, tak samo zresztą jak i drzwi. Całe życie mieszkańców było na widoku. Najpierw zrobiło mi się żal tych ludzi, potem jednak zauważyłam, że oni wcale nie są nieszczęśliwi wręcz odwrotnie. Wyglądali na zrelaksowanych, dzieci na wesołe, czas zdawał się im płynąć zupełnie inaczej niż nam, zdecydowanie wolniej. Okazuje się, że ludzie, którzy mają mniej czasem są o wiele szczęśliwsi niż Ci, którzy mają wszystko. Ponad to, czasami człowiek musi polecieć na inny kontynent by zobaczyć i docenić ile sam tak naprawdę ma.

Nie są to plusy ani minusy, tylko luźne spostrzeżenia po pierwszym, krótkim pobycie w Azji. Wiem, że dla niektórych część z tego to zapewne minusy takiej podróży, ale nie dla mnie. Nic nie jest czarne albo białe, zawsze jest druga strona medalu, której w internecie nie zobaczymy. Cenie w podróżowaniu to, że możemy poznawać nowe kultury, nowe obyczaje, możemy zaznać różnorodności jaką świat w sobie skrywa. Cenię, że możemy się wiele nauczyć, nie tylko o kraju i o ludziach, którzy w nim mieszkają, ale i o samym sobie. I to po części jest odpowiedź na tytułowe pytanie.

__________________________________________________________________________________
"Post inny niż wszystkie" to cykl postów (oczywiście) podróżniczych, jednak w trochę innej niż reszta, formie. W postach z tego cyklu będę chciała dzielić się z Tobą swoimi przemyśleniami, emocjami, wrażeniami na różne tematy oraz zachęcić Ciebie do aktywnej dyskusji i wymiany myśli na dany temat w komentarzu. Post "Dlaczego chcę wrócić do Azji" jest pierwszym postem z tego cyklu, kolejne znajdziesz tutaj.
Do postów lifestylowych jeszcze mi daleko, ale myślę, że to fajne urozmaicenie na blogu, koniecznie daj znać co o tym myślisz!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz